Tekst w "Gazecie Polskiej" zdążyła już zaatakować "Gazeta Wyborcza", twierdząc, że na nagraniu widać "techników z 36. Specjalnego Pułku latającego z VIP-ami", którzy "standardowo sprawdzali maszynę przed startem". "GW" napisała też, że nagrania z monitoringu były dobrze znane komisji Millera.

Odpowiadamy więc:

1. "Gazeta Polska" napisała, że na nagraniu widać prawdopodobnie właśnie techników lub inny personel wojskowy (choć pewności oczywiście nie ma, gdyż jakość filmu nie pozwala tego stwierdzić). Cytowaliśmy też fragment zeznań funkcjonariusza BOR, według którego "dostęp do samolotu mieli tylko technicy wojskowi". Szkopuł w tym, że tak długie czynności tych osób TYLKO przy lewym skrzydle nie wyglądają na "standardowe sprawdzanie maszyny przed startem".

2. "GP" stwierdziła też w tekście wyraźnie:

Z treści nagrań – dopóki nie da się ustalić więcej – nie ma co oczywiście robić sensacji. Ale biorąc pod uwagę wcześniejszy swobodny dostęp do samolotu Rosjan i „naprawy” przeprowadzane przez nich jeszcze w 2010 r., nie można lekceważyć niewytłumaczalnego faktu tak długiej obecności przy lewym skrzydle zarejestrowanych przez kamery osób.

3. "Wyborcza" twierdzi, że nagrania z monitoringu były znane komisji Millera. To możliwe – problem w tym, że treść tych nagrań nie była znana opinii publicznej. Podobnie było z ekspertyzą ws. wrakowiska (autorstwa firmy Smallgis), która była tak dobrze znana komisji Millera, że jej członkowie zamienili słowo "eksplozje" na "pożary". Natomiast opinia publiczna dopiero długo później zapoznała się z prawdziwą treścią dokumentu.


Na nagraniu z Wojskowego Portu Lotniczego Warszawa-Okęcie widać światło latarki – jest zbyt ciemno, a kamery za bardzo oddalone, aby można było dostrzec twarze osób znajdujących się przy lewym skrzydle Tu-154. Tuż przed godz. 5 w nocy, przez blisko 15 minut, zarejestrowani na nagraniu osobnicy dokonują jakichś czynności przy tej części skrzydła, gdzie według podkomisji smoleńskiej nastąpiła seria eksplozji (a zdaniem Rosjan i komisji Millera doszło do zderzenia z brzozą). Zdaniem doświadczonego samolotowego mechanika, z którym rozmawiała podkomisja, nikt z obsługi technicznej lub załogi nie robiłby niczego aż tak długo przy tym jednym elemencie maszyny (chyba że wystąpiłaby poważna awaria, a takiej przed samym wylotem nie odnotowano).

Kim była osoba zarejestrowana na nagraniu? Czy mógł być to ktoś z Biura Ochrony Rządu? Według naszych ustaleń to bardzo mało prawdopodobne – na pewno zaś nie była to rutynowa kontrola BOR.

Z zeznań funkcjonariusza Biura Sylwestra P., złożonego w śledztwie smoleńskim, jednoznacznie wynika bowiem, że kontrola samolotu Tu-154 przed wylotem do Smoleńska miała charakter rutynowy i pobieżny. Widać to zresztą także na nagraniu.

Na wojskowym lotnisku zapis prowadziło aż 18 kamer. Co ciekawe, część z nich nagrywała od godz. 3, ale zapis innych zaczyna się dopiero od godz. 4. Najciekawsze rzeczy zarejestrowano na dwóch: dziewiątej i jedenastej – dowiedziała się „Gazeta Polska”. 

Po pierwsze: dokładnie widać spotkanie kpt. Arkadiusza Protasiuka z gen. Andrzejem Błasikiem. Trwa ono około 3 sekund i jest standardowym zameldowaniem gotowości do lotu. Żadnej kłótni, a nawet krótkiej rozmowy tu nie było (choć niektóre media pisały swego czasu o specjalistach odczytujących przebieg rzekomej awantury z ruchu warg).

Po drugie: do samolotu przed odlotem miało dostęp wiele osób bez widocznego nadzoru BOR. BOR ograniczyło się do pobieżnej kontroli wewnątrz samolotu. Na nagraniu widać, jak do tupolewa wchodzą rozmaici ludzie i wnoszą tam – nie niepokojeni przez służby – różne przedmioty. – W USA, przy Air Force One, taka sytuacja byłaby nie do pomyślenia – mówi „GP” jeden z członków podkomisji smoleńskiej.

Po trzecie: nagranie dowodzi, że niektórzy funkcjonariusze BOR dokonujący sprawdzenia samolotu, kłamali. W zeznaniach śledczych jeden z pracowników Biura mówił np., że dokładna kontrola pirotechniczna z psem wewnątrz maszyny nie była możliwa, gdyż w czasie jej przeprowadzania pracowały silniki samolotu. Na nagraniu widać, że to nieprawda: silniki nie były włączone. Z nagrania wynika zresztą, że kontrola z psem trwała najwyżej kilka minut. 

Wreszcie, po czwarte (o czym już wspomniano na początku): zarejestrowano osoby robiące coś dłuższy czas przy lewym skrzydle, choć teoretycznie nie było takiej potrzeby. Byli to technicy, jakiś inny personel wojskowy czy może BOR-owcy, którzy na lotnisku pojawili się już około godz. 3.30?

Ten ostatni scenariusz wydaje się najmniej prawdopodobny. W nocy z 9 na 10 kwietnia 2010 r. na lotnisku wojskowym w Warszawie funkcjonariusze BOR – jak w wypadku każdego lotu z udziałem osób chronionych przez Biuro – pełnili tzw. dyżur pirotechniczny. Przed katastrofą smoleńską do sprawdzenia samolotu delegowani zostali na lotnisko trzej funkcjonariusze BOR: dowódca grupy Krzysztof D., starszy pirotechnik Sylwester P., pirotechnik kierowca Kamil K. oraz pirotechnik-przewodnik psa służbowego Mirosław B. Jak ustaliła „Gazeta Polska”, pirotechników delegował do sprawdzenia tupolewa szef Wydziału I BOR ppłk Krzysztof Gierasiński.

Ekipa BOR była na lotnisku około godz. 3:30, a „gotowość do działań przed wylotem samolotu” osiągnięto koło godz. 5. Oprócz kontroli pirotechnicznej BOR zabezpieczył terminal i recepcję (chor. Marta N. i sierż. Tomasz B.), podjazd (chor. Wiesław B.), płytę lotniska (mł. chor. Artur J.), bramę wjazdową (st. chor. Mariusz M., sierż. Jacek M. i Marcin C.), sprawdził pasażerów (ppor. Piotr N.) i catering dostarczony do Tu-154 przez spółkę LOT Catering (kpr. Łukasz C.). Odnotujmy, że film z kamer dowodzi, iż „zabezpieczenie” cateringu nie obejmowało sprawdzenia pod kątem pirotechnicznym.

Jak wyglądała kontrola reszty samolotu? Na pewno nie prowadzono jej na skrzydle, i to aż przez kwadrans, gdyż nagranie pokazuje, że pirotechnicy BOR przebywali krócej w dużo bardziej newralgicznych miejscach. „Sprawdzenie samolotu jest sprawdzeniem pod kątem tego, czy w miejscach ogólnodostępnych, gdyż do takich mamy dostęp, znajdują się przedmioty bądź materiały niebezpieczne. Sprawdzenie nie doprowadziło do ujawnienia tego rodzaju materiałów. Było to rutynowe sprawdzenie” – wyjaśniał śledczym Sylwester P. W innym miejscu P. jeszcze raz podkreślił: „Jak już mówiłem, jeżeli chodzi o samolot, to mamy wyłącznie dostęp do miejsc ogólnodostępnych. Nie sprawdzamy miejsc, do których dostęp mają wyłącznie technicy i mechanicy”. Według informacji „GP”, pirotechnicy przeszli się po prostu wzdłuż samolotu. Inny funkcjonariusz BOR Piotr S., odpowiedzialny za całokształt zabezpieczenia portu lotniczego, potwierdził, że jedynie wojsko miało dostęp do miejsc, których nie sprawdzili pirotechnicy Biura Ochrony Rządu:

„Dostęp do samolotu mają tylko technicy wojskowi, załadunkiem bagaży zajmuje się wojskowy personel. Nikt więcej nie ma dostępu do maszyny”. 

Więcej w najnowszym numerze tygodnika "Gazeta Polska"

Nowa "Gazeta Polska" już jest w Waszych kioskach. Polecamy!https://t.co/ZvUGL4rOIK#GazetaPolska pic.twitter.com/hitrfHzply

— Gazeta Polska (@GPtygodnik) 21 lutego 2018

/ GP

Grzegorz Wierzchołowski

Współzałożyciel portalu niezależna.pl, którego jest redaktorem naczelnym. Publikuje również w tygodniku „Gazeta Polska”, dzienniku „Gazeta Polska Codziennie” i miesięczniku „Nowe Państwo”.

Kontakt z autorem

Za niezalezna.pl